Kłopotliwe tablice rejestracyjne w Polsce

Właściciel jednego z samochodów postanowił wyróżnić się, umieszczając małe tablice rejestracyjne w ramce przystosowanej do standardowych. Choć na pierwszy rzut oka mogłoby to nie być dostrzegalne, wkrótce stało się oczywiste, że krótkie tablice zostały umieszczone w odpowiedniku ramki, co zakrawa na nieporozumienie.
Ten przypadek przypomina nieco dowcip o Stirlitzu: szpieg przemierzający Berlin, z wyraźnymi oznakami swojej tożsamości, czy to czapką, czy walonkami. W tym przypadku owe „znaki” to ogromna ramka na tablicę, w której z powodzeniem zmieściły się małe tablice rejestracyjne. Sytuacja ta jasno pokazuje, że standardowe tablice również by się tam zmieściły.
Niektórzy mogą pomyśleć: "Niech sobie robi, jeśli mu się podoba". Osobiście uważam, że małe tablice rejestracyjne mają konkretny cel, który w tym przypadku jest nadużywany. Kiedy nadmiar zasobów zostaje zmarnowany, pojawia się problem. Przyrównując to, to tak, jakby samochody spalinowe parkowały na miejscach przeznaczonych do ładowania pojazdów elektrycznych – takie miejsca są po prostu niewłaściwe dla danego użytkownika.
Jednym z głównych kłopotów małych tablic rejestracyjnych jest ich limitowana pojemność. Oferują one tylko cztery znaki, z których pierwszy to wyróżnik województwa. Na przykład w województwie mazowieckim są to jedynie litery W lub A, natomiast dla dolnośląskiego – D lub V. Mamy więc kilka możliwych kombinacji, które można stworzyć:
- W 111
- W 11A
- W 1A1
- W A11
- W 1AA
Co więcej, całkowita pojemność dla każdego z województw wynosi 10,2 tys. kombinacji. Dla Warszawy-Mokotowa to jedynie 1,2 miliona. Z tego powodu tablice te są niezwykle „cenne” i nie powinny być wydawane bez należytej analizy. Jeśli ktoś pragnie mieć małe tablice, powinien udać się na stację kontroli pojazdów, gdzie diagnosta potwierdzi, że miejsce na tablice rzeczywiście jest zmniejszone.
Co gorsza, w przypadku właściciela Lexusa, sprawa nie kończy się jedynie na estetyce. Diagnosta ma prawo ocenić, a nawet powinien stwierdzić, że pojazd nie spełnia wymogów do dopuszczenia do ruchu. Konsekwencją tego może być konieczność przerejestrowania, co łączy się z dodatkowymi kosztami, wynoszącymi 160 zł za opłatę oraz 21 zł za dodatkowe badanie. Nic dziwnego, że takie wydatki mogą być uznane za zbędne.
Problem polskiego systemu tablic rejestracyjnych leży w jego niedoskonałości. Mniejsze tablice, takie jak zabytkowe czy skrócone, przez długi czas wyczerpały swoją pojemność, prowadząc do wprowadzenia nowych wyróżników, jak WPP czy WPS. Od 25 lat nie przeprowadzono żadnej reformy, która pozwoliłaby na ponowne wykorzystanie tablic zwróconych przy demontażu lub wywozie pojazdów za granicę. Gdyby istniał sprawdzony system, może udałoby się uniknąć wielu problemów. Niezadowolenie związane z obecną sytuacją pokazuje, że być może dobrym pomysłem byłoby przyjrzenie się skutecznym rozwiązaniom stosowanym w innych krajach.